Większość wpadek w sieci nie zaczyna się od włamania. Zaczyna się od ekranu, który ktoś zobaczył. Powiadomienie na zablokowanym telefonie. Zdjęcie profilowe, które pasuje do konta na Facebooku. Skrzynka, w której mail z klubu leży obok maila od szefa. To pierwszy odcinek cyklu o bezpieczeństwie w sieci. Kolejne dotyczą maili, komunikatorów, zdjęć i spotkań offline. Zanim dojdziemy do narzędzi, trzeba ustalić jedno: przed kim właściwie się chronisz. Realne ryzyko wygląda inaczej, niż w filmach Rządowa inwigilacja, haker w kapturze i służby specjalne to nie jest typowy scenariusz. Typowy scenariusz to: Ktoś z twojego otoczenia. Partner, domownik, kolega z pracy, sąsiad. Ma dostęp do twojego telefonu, komputera albo wspólnego konta. Platforma. Aplikacje i portale zbierają dane o tym, co robisz, i łączą je z tym, co już o tobie wiedzą. Druga strona rozmowy. Osoba, której wysłałeś zdjęcie albo napisałeś coś osobistego. Ma to na stałe i możesz jej co najwyżej zaufać. Fałszywy profil. Ktoś, kto zbiera materiał, żeby potem go wykorzystać. Więcej o tym w tekście Poli o bezpieczeństwie praktycznym. Własna pomyłka. Zalogowane konto na cudzym komputerze, wiadomość wysłana do złej osoby, zdjęcie z widocznym tłem. Dlatego większość porad, które naprawdę coś zmieniają, jest nudna. Działają, bo dotyczą rzeczy, które zdarzają się najczęściej. Cztery pytania, zanim cokolwiek zainstalujesz Kto nie powinien się dowiedzieć? Co by zobaczył? Rozmowę, zdjęcia, sam fakt, że jesteś na portalu? Jak by się dowiedział? Przez ekran, przez konto, przez kontakty, przez drugą stronę rozmowy? Ile by cię to kosztowało? Wstyd, kłótnia, praca, rodzina? Od odpowiedzi zależy, ile wysiłku warto w to włożyć. Dla jednych wystarczy blokada ekranu i osobny adres mailowy. Inni potrzebują więcej. Nie ma jednego poziomu dla wszystkich. Trzy poziomy Poziom pierwszy: podstawy. Blokada ekranu z porządnym kodem, nie czterocyfrowym. Wyłączone podglądy wiadomości na ekranie blokady. Unikalne hasła do różnych kont, najlepiej w menedżerze haseł. Logowanie dwuskładnikowe tam, gdzie jest dostępne. Aktualizacje systemu i aplikacji. To załatwia większość problemów. Poziom drugi: rozdzielenie. Osobny adres mailowy do spraw lifestyle'owych. Osobny nick, którego nie używasz nigdzie indziej. Zdjęcia, których nie da się powiązać z twoimi publicznymi profilami, bo wyszukiwanie obrazem znajdzie twoją twarz szybciej, niż myślisz. Brak synchronizacji kontaktów z aplikacjami, które o to proszą. To jest poziom, na którym warto być, jeśli to ma zostać twoją sprawą. Poziom trzeci: narzędzia. VPN, przeglądarka Tor, szyfrowana poczta. Mogą pomóc, ale nie zastąpią pierwszych dwóch poziomów. VPN przenosi zaufanie z operatora internetu na dostawcę VPN. Tor jest wolny i niektóre strony go blokują. Żadne z nich nie ochroni cię przed ekranem, który ktoś zobaczył. Do tego poziomu wrócimy przy okazji maili. Metadane też mówią Nawet jeśli treść rozmowy jest szyfrowana, zostają dane o rozmowie: z kim, kiedy, jak często, z jakiego urządzenia. Dla kogoś, kto cię zna, bywa to wystarczające. Szyfrowanie chroni treść, nie sam fakt kontaktu. Warto o tym pamiętać, zanim uwierzysz, że „skoro jest szyfrowane, to jestem niewidzialny". Najczęstsze wpadki Ten sam nick i to samo zdjęcie na portalu i w publicznych mediach społecznościowych. Powiadomienia z podglądem treści na ekranie blokady. Zalogowane konto na wspólnym komputerze albo telewizorze. Kopia zapasowa rozmów w chmurze, do której ma dostęp ktoś jeszcze. Kontakty zsynchronizowane z aplikacją. Portale podpowiadają wtedy „osoby, które możesz znać", i ktoś znajomy może zobaczyć ciebie. Zdjęcie, na którym widać tatuaż, widok z okna, tablicę rejestracyjną albo charakterystyczne wnętrze. Wiadomość wysłana do złej osoby, bo dwie rozmowy wyglądają podobnie. Anonimowość to nie jest cel Pełna anonimowość w sieci jest bardzo trudna i dla większości ludzi niepotrzebna. Celem jest zostawianie mniej śladów i trudniejsze łączenie jednego konta z drugim. Jeśli ktoś bardzo chce cię znaleźć i ma na to czas, może mu się udać. Jeśli ktoś trafia na ciebie przypadkiem, powinno się to skończyć na pierwszym kroku. I jedna zasada, która nie wymaga żadnej aplikacji: nie wysyłaj nikomu niczego, czego nie zniósłbyś widzieć u swojego szefa. To nie jest brak zaufania. To jest realistyczna ocena tego, że rzeczy z sieci rzadko się cofają. W następnym odcinku: maile. Osobny adres, hasła, logowanie dwuskładnikowe i to, co widać w nagłówku.