Zostawiłam sobie ten tekst na później, bo wiedziałam że będzie najtrudniejszy do napisania uczciwie. Pytanie brzmi prosto: czy dogging to przestrzeń w której kobieta ma tyle samo do powiedzenia co mężczyzna, czy to kolejna męska fantazja, w której ona jest rekwizytem, a faktyczną publicznością są sami faceci z latarkami. Odpowiedź, jak zwykle, nie jest jednoznaczna – ale nie jest też taka wygodna, jak chcieliby ludzie którzy tę scenę promują. Ile tu jest naprawdę kobiet Z relacji medialnych i z tego jak opisuje się tę scenę za granicą wyłania się wzorzec znany z każdej sceny lifestyle'owej: uczestniczek jest zauważalnie mniej niż uczestników, a "obserwatorów" – czyli mężczyzn którzy przyjeżdżają wyłącznie patrzeć – jest zwykle więcej niż par razem wziętych. To nie jest specyfika doggingu. To jest ten sam wzorzec co w klubach swingerskich, gdzie kobieta bez partnera wchodzi za darmo, bo wie się doskonale, że bez kobiet impreza się nie kręci – i że to one, nie mężczyźni, są towarem deficytowym. Różnica jest taka, że w klubie jest ochrona i zasady spisane na ścianie. W lesie nie ma ani jednego, ani drugiego – więc ta sama nierównowaga liczbowa, w klubie tylko niewygodna, w plenerze staje się realnym czynnikiem ryzyka. Dwie zupełnie różne kobiety w tej samej statystyce Jest kategoria kobiet dla których to jest świadomy wybór i czysta przyjemność – ekshibicjonizm, adrenalina bycia oglądaną, poczucie kontroli nad tym kto patrzy i jak długo. Dla nich to jest dokładnie tak samo ich impreza jak partnera, czasem bardziej, bo to one ustalają tempo. Jest też druga kategoria, o której się mniej mówi, bo nikt nie lubi przyznawać że ona istnieje: kobiety które są tam, bo partner bardzo chciał, a odmówienie wydawało się trudniejsze niż pojechanie. To nie jest unikalna cecha doggingu – to jest problem całej sceny CNM, tylko że w klubie jest jeszcze jakiś hamulec bezpieczeństwa w postaci obsługi i innych gości. W lesie hamulcem bezpieczeństwa jest wyłącznie to, czy ktoś zna i uszanuje zasadę zgaszonych świateł, o której pisałem w tekście o savoir-vivrze. Voyeur bez pary – kim właściwie jest Największa grupa mężczyzn na tej scenie to ci, którzy przyjeżdżają sami, wyłącznie patrzeć. Część z nich trzyma się zasad co do joty – dystans, brak ingerencji, telefon w kieszeni. Część nie, i to właśnie ta część sprawia, że kobiety opisujące doggingu z zewnątrz częściej używają słowa "czujność" niż "wolność". Kiedy w jednym miejscu jest jedna para i pięciu samotnych obserwatorów, matematyka władzy w tej sytuacji sama się układa – niezależnie od tego jak dobre intencje ma większość z nich. Czy to się da zrobić dobrze Tak, i akurat to jest ciekawsze niż samo narzekanie. Pary które opisują dogging jako pozytywne doświadczenie mają zwykle trzy rzeczy wspólne: kobieta ma pełne i realne weto, które partner honoruje bez dyskusji, wybierają miejsca i pory z rozsądną liczbą ludzi zamiast zatłoczonych hotspotów, i – co najważniejsze – traktują to jako coś co robią razem, a nie coś co ona robi dla niego. Różnica między "jedziemy razem, bo obojgu nam się to podoba" a "jedziemy, bo on chciał, a ja się zgodziłam" jest ogromna, i to ona, a nie sama aktywność, decyduje czy to jest wyzwolenie czy wykorzystanie. Bilans Dogging nie jest z natury antykobiecy, tak samo jak żaden klub swingerski nie jest z natury antykobiecy – ale odziedziczył dokładnie tę samą nierównowagę siły co reszta tej sceny, tylko bez żadnej instytucji która by ją równoważyła. Jeśli miałabym to podsumować jednym zdaniem: to nie jest przestrzeń zbudowana przeciwko kobietom, ale to zdecydowanie nie jest przestrzeń zbudowana z myślą o nich – i dopóki proporcje się nie zmienią, każda kobieta która tam jedzie, jedzie do miejsca zaprojektowanego głównie przez i dla mężczyzn, niezależnie jak bardzo osobiście tego chce. Cała seria: „Dogging: prawo sobie, Wisła sobie" · „Savoir-vivre doggingu" · „Dogging vs kluby swingerskie" · „Bezpieczeństwo praktyczne" .