Siadam do tego tekstu i pierwsza myśl jaka mi przychodzi do głowy to: kurwa, 55 lat temu za to samo można było dostać nie mandat tylko wyrok. A dziś? Dziś mamy przepis, który istnieje na papierze, żeby ktoś mógł go pokazać w telewizji, i którego w praktyce nikt nie ma zamiaru egzekwować, dopóki jakiś oburzony emeryt z psem nie zadzwoni na numer alarmowy. To jest cała opowieść o Polsce w jednym tekście, ale zacznijmy od początku. Przepis-widmo Art. 140 kodeksu wykroczeń. Nieobyczajny wybryk w miejscu publicznym. Do 1500 zł, ewentualnie ograniczenie wolności albo – uwaga, uwaga – nagana. Nagana! Jakbyśmy byli w podstawówce i pani od polskiego łapała nas za obściskiwanie się za szopą. Sąd ma zdefiniować co jest „nieobyczajne", co samo w sobie jest zabawne, bo definicja zmieniała się w tym kraju szybciej niż moje fryzury w latach 80. Ale najlepsze jest to (i teraz uważajcie, bo to jest sedno całego tekstu): straż miejska nie może ruszyć dupy sama z siebie. Nie ma prawa. Musi przyjść zgłoszenie od kogoś kto poczuł się „zgorszony". Bez donosu – i tu specjalnie używam tego słowa, bo ono ma w tym kraju swoją historię – formalnie nic się nie wydarzyło. Można by rzec, że po raz pierwszy w polskim prawie mamy przepis skonstruowany tak, żeby był martwy z definicji. Nie dlatego że nikt go nie łamie. Tylko dlatego że prawie nikt nie chce być tym, kto podniesie słuchawkę. Dla porządku: to nie to samo co art. 142, czyli nagabywanie do czynów nierządnych dla zysku. To o prostytucji. Para pierdoląca się w krzakach dla własnej przyjemności to zupełnie inna bajka niż ktoś kto proponuje usługę za pieniądze na ulicy. Warto to rozdzielić, bo ludzie lubią mieszać. Rejestr, którego nie ma (bo kurwa po co) Zapytałem wprost: czy istnieje jakiś rejestr, statystyka, cokolwiek, co pokazuje skalę zjawiska w Polsce? Odpowiedź brzmi: nie ma. Zero. Wykroczenia przeciwko obyczajności publicznej lądują w jednym wielkim worku ze wszystkim innym, nikt tego nie rozbija na kategorie „dogging", „sikanie pod sklepem" czy „obelżywe napisy na przystanku". Jedyna konkretna liczba jaką znalazłem to z reportażu Polsatu, „Interwencja", z 2011 roku – warszawska straż miejska dostała wtedy sześć zgłoszeń w ciągu kilku miesięcy. Sześć. Dotyczyły par i jednej grupy pięcioosobowej (brawo dla nich, szczerze). Piętnaście lat później – cisza. Żadnych nowszych danych, żadnej aktualizacji, nic. I teraz pomyślcie o tym chwilę, bo to jest naprawdę ciekawsze niż jakakolwiek liczba jaką mógłbym wam podać: skoro przepis rusza się wyłącznie na skargę, a większość tych spotkań odbywa się po ciemku, w miejscach z założenia na uboczu, między ludźmi którym zależy na dyskrecji bardziej niż na czymkolwiek innym – to cała reszta po prostu nigdy nie istniała dla żadnego urzędnika. Nie dlatego że tego nie ma. Tylko dlatego że system jest ślepy z konstrukcji. Gdzie to się dzieje, czyli geografia przyjemności Media – Polsat, WP, TVN24, wszyscy po kolei – od lat wałkują te same miejsca w Warszawie: Łazienki, Pola Mokotowskie, Park Skaryszewski, nabrzeża Wisły. A poza stolicą – Wrocław, gdzie podobno powstał pierwszy zorganizowany klub doggingowy w Polsce (chciałbym zobaczyć ten wpis w KRS, ale to inna sprawa). Nie będę udawał, że mam dziś świeżą mapę z pineskami, bo nie mam, i szczerze mówiąc nawet gdybym miał, tobym jej tutaj nie wrzucił – po co komu przewodnik krok po kroku, skoro wystarczy że rodzina z dzieciakiem trafi na coś czego nie chciała zobaczyć w niedzielny spacer, i cała ta „dyskretna scena" nagle ląduje na pierwszej stronie lokalnej gazety. Wzór jest ważniejszy niż konkretny adres: miejskie parki po zmroku, nabrzeża rzek, parkingi leśne na obrzeżach – wszędzie w Polsce to te same typy miejsc, zmienia się tylko nazwa ulicy. Kto to robi (i dlaczego to nie są ci, o których myślicie) Z tego samego reportażu wyłania się profil, który zresztą pokrywa się z tym co się czyta w zagranicznych materiałach na ten temat: ludzie po trzydziestce, czterdziestce, wykształceni, często w stałych związkach albo małżeństwach. Dla nich dyskrecja to nie jest kwestia prawa – gówno ich prawo obchodzi, tam kara to najmniejszy problem. Boją się sąsiada z trzeciego piętra, nie sądu rejonowego. Środowisko, jak to środowisko, wypracowało sobie własne zasady – sygnalizowanie światłami, honorowanie „nie" bez pytań, zero ingerencji ze strony obserwatorów którzy tylko patrzą. O tym może osobny tekst, bo temat na porządny savoir-vivre sam w sobie. To co naprawdę powinno was martwić 1500 zł to śmieszna kwota w porównaniu do tego co naprawdę może pójść nie tak. Przypadkowy świadek to nie tylko potencjalny donosiciel – czasem to jest dzieciak na spacerze z rodzicami, i to jest jedyny sensowny powód dla którego ten przepis w ogóle powinien istnieć, niezależnie od tego jak rzadko ktoś go egzekwuje. Ktoś z telefonem, kto akurat nie uczestniczy tylko podgląda i nagrywa bez zgody – to już inny paragraf, o naruszeniu dóbr osobistych, i akurat ten działa w drugą stronę. A ustronne, słabo oświetlone miejsce, które chroni przed zgorszonym świadkiem, chroni tak samo dobrze kogoś kto przyszedł nie po seks tylko po czyjś portfel. Znamy to z zagranicznych doniesień, u nas też się to pewnie zdarza, tylko – zgadnijcie – nikt tego nie liczy. Bilans na koniec Więc mamy tak: przepis który istnieje, żeby dawać złudzenie porządku. Straż miejska która nie może nic zrobić dopóki ktoś nie zadzwoni. Sześć zgłoszeń z 2011 roku jako jedyny twardy punkt odniesienia jaki Polska kiedykolwiek wyprodukowała na ten temat. I ludzie, którzy i tak robią swoje, bo jak zawsze w tym kraju – prawo sobie, życie sobie. Może to jest właśnie najbardziej polska rzecz w tym wszystkim. Nie dogging. Tylko to, że mamy paragraf na wszystko i egzekwujemy prawie nic, dopóki ktoś się nie obrazi. Źródła: reportaż „Dogging: seks i adrenalina", Interwencja, Polsat News (2011); Kodeks wykroczeń, art. 140–142.