Zapytał mnie ktoś ostatnio: skoro klub jest bezpieczniejszy, ma ochronę, weryfikację, czystą pościel i zero ryzyka że wpadnie na was rodzina z psem – to dlaczego w ogóle ktokolwiek wybiera krzaki zamiast tego? Dobre pytanie. Odpowiedź nie jest taka oczywista jak by się wydawało, i akurat na tym polega cały urok tego tematu. Adrenalina, której klub nie sprzeda Klub to jest bezpieczna przystań – i to dosłownie jest jego produkt. Ochrona przy drzwiach, zasady na ścianie, ludzie którzy tam pracują i pilnują żeby nikt nikogo nie zmuszał do niczego. Kupujesz bilet, kupujesz bezpieczeństwo. Problem w tym, że razem z bezpieczeństwem kupujesz też przewidywalność. Wiesz dokładnie co się wydarzy, mniej więcej wiesz jak, i to dla części ludzi jest dokładnie tym czego szukają – ale dla innych to zabija połowę zabawy. Plener oferuje coś czego żaden klub nie jest w stanie zapakować w cenę biletu: realne ryzyko, że coś pójdzie nie tak. Że ktoś przejedzie, że światła zza drzew okażą się patrolem, że cały plan runie w pół minuty. To uczucie – ten skok adrenaliny, że robisz coś zakazanego, naprawdę zakazanego, nie "zakazanego" w cudzysłowie za 150 zł od pary – jest tym, po co część ludzi tam jedzie. Nie mimo ryzyka. Przez ryzyko. Anonimowość, która działa w obie strony W klubie ktoś Cię widzi. Może nie zna nazwiska, ale widzi twarz, sylwetkę, może rozpoznać za rok na innej imprezie. W lesie po zmroku nie widzi Cię nikt – dosłownie, bo tam nie ma światła. Dla ludzi u których dyskrecja jest priorytetem numer jeden (przypominam: wykształceni, po trzydziestce-czterdziestce, często w związkach) to jest argument nie do przebicia. Zero szans że ktoś Cię rozpozna, bo nikt nic nie widział. Haczyk jest taki, że ta sama ciemność która chroni Twoją twarz, chroni też twarz kogoś kto przyszedł nie po to co Ty. W klubie wiesz kto wchodzi, bo ktoś to sprawdził przy drzwiach. W lesie nie sprawdza nikt. Koszt zero, czyli najgorszy argument który brzmi najlepiej 150-300 zł za wejście do klubu to nie jest fortuna, ale to jest realna bariera dla kogoś kto chce robić to często, spontanicznie, w środku tygodnia bez planowania. Plener kosztuje tyle co benzyna do najbliższego lasu. Dla studenta, dla kogoś zaraz po rozwodzie który liczy każdą złotówkę, dla kogoś kto po prostu nie chce tłumaczyć się z wydatku na wyciągu bankowym – to jest argument, który wygrywa z bezpieczeństwem, bo bezpieczeństwo jest abstrakcyjne, a rachunek bankowy nie. Co się realnie traci Tu jest ta część, o której nikt nie lubi mówić głośno, więc powiem ja. Klub ma coś czego plener nigdy nie zaoferuje: kogoś kto interweniuje, kiedy ktoś mówi "nie", a druga strona nie słucha. Ochroniarza, recepcję, innych gości którzy zareagują. W lesie jesteście sami – i jeśli coś pójdzie źle, żadna z tych opcji nie istnieje, dopóki ktoś sam nie zadzwoni po pomoc. Traci się też higienę w najbardziej dosłownym sensie – czystą powierzchnię, prysznic, ręcznik, kosz na śmieci. I traci się coś co brzmi banalnie, ale ma znaczenie: pewność, że osoba po drugiej stronie w ogóle chciała tam być, a nie że przypadkiem się natknęła i teraz nie wie jak wyjść z sytuacji. W klubie ta granica jest jasna od progu. W lesie czasem się zaciera – i to jest dokładnie ten moment, w którym artykuł 140 kw, o którym pisałem dwa teksty temu, przestaje być abstrakcją. Więc kto ma rację Nikt, albo oboje naraz. To nie jest wybór między dobrą a złą opcją, tylko między dwoma różnymi transakcjami: płacisz pieniędzmi i przewidywalnością za bezpieczeństwo, albo płacisz ryzykiem za adrenalinę i zero kosztu. Ludzie którzy jeżdżą do lasu zwykle świetnie wiedzą co ryzykują – tylko uznali, że warto. Problem zaczyna się wtedy, kiedy ktoś tego nie wie, bo nikt mu nie powiedział wprost. Więc mówię wprost: to nie jest tańsza wersja klubu. To jest zupełnie inna gra, z innymi zasadami i bez nikogo kto je wyegzekwuje, jeśli akurat tego dnia komuś się zachce ich nie przestrzegać. Zobacz też: „Dogging: prawo sobie, Wisła sobie" i „Savoir-vivre doggingu" – reszta tego wątku.