— Czyli to taka zdrada, tylko z dodatkowymi krokami? Pytanie padło przy stole. Rodzinnym. Między sałatką a tortem. Zadała je ciotka, która wie o mnie więcej, niż powinna, bo moja matka nie umie trzymać języka za zębami po drugim kieliszku. Ciotka spojrzała mi w oczy z tym uśmiechem, którym ludzie sygnalizują, że właśnie powiedzieli coś bardzo błyskotliwego. Otóż nie, ciociu. Zdrada to nie seks. Zdrada to tajemnica. Zacznijmy od tego, co boli w zdradzie. Nie to, że on z kimś spał. Serio. Gdyby bolało samo to, że ktoś inny dotykał jego ciała, to każda para po jego wizycie u fizjoterapeutki miałaby kryzys. Boli co innego: że mieliście umowę, on ją złamał, a ty dowiedziałaś się przypadkiem. Z telefonu. Od koleżanki. Z paragonu za hotel, który wypadł z kieszeni marynarki. Zdrada jest zdefiniowana przez to, co ukryte. Kropka. A teraz to, co ja robię. Wiemy oboje. Umówiliśmy się oboje. Nikt się o niczym nie dowiaduje przypadkiem, bo nie ma czego się dowiadywać — wszystko leży na stole, jak ta sałatka. Jeśli coś jest tajne, to nie jest to, o czym mówię. To jest zwykła zdrada, tylko że ktoś sobie dorobił ideologię. Takie rzeczy też się zdarzają. Ale to nie mój przypadek i nie przypadek nikogo, kto robi to uczciwie. Różnica między zdradą a otwartym związkiem to nie jest różnica w liczbie kroków. To jest różnica między kłamstwem a umową. Możesz nie lubić umowy. Możesz uważać, że sama byś takiej nie podpisała. Ale nie możesz nazwać jej kłamstwem, bo kłamstwa, ciociu, mają to do siebie, że są w ukryciu. „A jak ktoś u was zdradzi?" To jest drugie pytanie, które przychodzi zaraz po pierwszym, kiedy pierwsze nie zadziałało. Bo przecież ludzie w otwartych związkach też czasem łamią zasady — spotkają się z kimś, kogo mieli nie spotykać, nie powiedzą o czymś, o czym mieli powiedzieć. I wtedy słychać triumfalne: no widzisz, wasz system nie działa . Widzę. Widzę, że ktoś skłamał. Tak samo, jak kłamią ludzie w małżeństwach z obrączkami i przysięgą przed ołtarzem. Kłamca kłamie. Struktura, w której to robi, to szczegół. Niemonogamia nie produkuje zdrajców, a monogamia nie chroni przed nimi — gdyby chroniła, to połowa polskich rozwodów nie miałaby w aktach słowa „niewierność". Kto chce oszukiwać, oszuka w każdym modelu. Reszta z nas trzyma się umowy. W każdym modelu. O co naprawdę pyta ciotka Bo nie o zdradę. Zdrada to tylko słowo, które najszybciej wpadło jej do ręki. Pod spodem jest coś innego. Zwykle jedno z dwóch. Albo: jak to możliwe, że nie chcesz być jedyna? Albo: czy to nie boli? I to są prawdziwe pytania. Uczciwe. Na nie odpowiadam chętnie, godzinami, przy winie — bo są o mnie, o zazdrości, o tym, co daje mi ten układ i co mnie w nim kosztuje. Ale to nie są pytania o zdradę. Ktoś, kto naprawdę chce wiedzieć, jak to jest, nie zaczyna od oskarżenia. Zaczyna od „a jak ty to…". Jest jeszcze trzecia opcja. Że ciotka w ogóle nie pyta o mnie. Że pyta, bo mój związek każe jej spojrzeć na własny — na te trzydzieści lat, w których pewne rzeczy się nie mówiło, pewne rzeczy się przemilczało, a wujek jeździł „na ryby". Mój układ jest dla niej lustrem, a lustra ludzie nie lubią. Wtedy „zdrada z dodatkowymi krokami" nie jest pytaniem. Jest obroną. I to jest w porządku. Nie muszę bronić swojego związku przed każdym, kto o niego zapyta. Nie mam takiego obowiązku. Mam tort. Odpowiedź, którą polecam Nie wykład. Nie „no właśnie ciociu, bo etyczna niemonogamia definiuje się przez zgodę wszystkich stron…". Ciotka nie chce wykładu, a wykłady przy torcie nikogo jeszcze nie przekonały. Polecam jedno zdanie: — Nie. Zdrada to jak on nie wie. On wie. A potem pauza. Długa. Niech to popracuje. I podać jej tort, bo w gruncie rzeczy chodzi o to, żeby wszyscy wyszli z tego stołu najedzeni. Wujek zresztą też. Choć on akurat nic nie pytał. Bardzo uważnie nic nie pytał.