Zacząłem od legendarnej Sabinovki. Słyszałem o tym miejscu już nieraz, więc postanowiłem wreszcie sprawdzić, o co tyle hałasu. Tym bardziej że właśnie tego dnia odbywało się tam specjalne bisex party. Zapowiadało się interesująco. Już same godziny otwarcia powinny dać mi do myślenia. Klub czynny codziennie od 14:00 do 23:30. Nawet w piątki i soboty! No kurwa, kto normalny kończy imprezę o 23:30? To brzmi bardziej jak godziny otwarcia przychodni rehabilitacyjnej niż klubu erotycznego. Jeszcze tylko numerków do rejestracji brakowało. Z hotelu miałem jakieś dwa kilometry, więc uznałem, że zrobię sobie wieczorny spacer po Pradze. I wiesz co? Praga momentami wygląda jak Warszawa w roku 2000. Sklepy, witryny, szyldy, wszystko jakieś takie zatrzymane w czasie. Niby europejska stolica, a człowiek ma wrażenie, że zaraz zobaczy wypożyczalnię kaset VHS albo sklep z kasetami magnetofonowymi. No ale dotarłem. Wchodzę do budynku, schodzę jakimiś absurdalnie wąskimi schodkami, otwierają się kraty, za nimi sex shop i pan w kasie. Klimat trochę jak wejście do nielegalnego kasyna w piwnicy. Wstęp 250 koron, czyli jakieś 40 zł. Do tego płatna szatnia. Tylko że szafek nie ma. Wszystko oddajesz obsłudze, a pieniądze i telefon najlepiej trzymać przy sobie. I tu pierwsze zaskoczenie: wszyscy chodzą z telefonami! Siedzą, piszą, przeglądają internet, mogą sobie robić zdjęcia, nagrywać, chuj wie co jeszcze. Nikt tego nie kontroluje. W takim miejscu! Nigdy nie wiesz, czy przypadkiem nie występujesz właśnie w czyimś prywatnym filmie dokumentalnym. A teraz najlepsze: na stronie internetowej klubu nie ma ani słowa po angielsku. Ani jednego! Obsługa również nie mówi po angielsku. W samym centrum turystycznej Pragi! Możesz próbować dogadać się na migi, ale w klubie tego rodzaju gestykulacja bywa ryzykowna, bo ktoś może ją opacznie zrozumieć. Wchodzę dalej. Malutkie korytarzyki, ciasnota i taki zaduch, że zaczynam się zastanawiać, czy oni tam latem nie wynoszą ludzi na noszach. Teraz jest październik, a powietrze można kroić nożem. I kolejna niespodzianka. Wszyscy kompletnie ubrani! Koszulki, spodnie, normalne ciuchy. Ja sobie wyobrażałem, że ludzie będą chodzić półnago, w bieliźnie, jakieś erotyczne klimaty. A tam jak na zebraniu wspólnoty mieszkaniowej, tylko dekoracje trochę inne. Ale najlepsze dopiero przede mną. W pewnym momencie obsługa zaczyna roznosić KANAPKI NA TACACH. Kinga, KANAPKI! I nagle wszyscy rzucają się na te kanapki, jakby od trzech dni nic nie jedli. Ja stoję i patrzę na to widowisko, i myślę sobie: no kurwa, jak u Darka! Jeszcze tylko herbaty w szklankach z koszyczkiem brakowało. Wyobraź sobie tę scenę. W tle jakieś erotyczne odgłosy, a na pierwszym planie walka o ostatnią kanapkę. Człowiek nie wie, czy jest na imprezie dla dorosłych, czy na przerwie kawowej podczas szkolenia BHP. A to dopiero parter. Toalety się nie zamykają, papieru toaletowego raczej nie uświadczysz, wszędzie jakieś plastikowe kutasy na ścianach i sufitach, wystrój jak z erotycznego sklepu z lat dziewięćdziesiątych, któremu ktoś dał budżet 200 zł na remont. Towarzystwo? Kilku naprawdę fajnych byczków, którzy zdecydowanie wyróżniali się z tłumu. Ale cała reszta… Matko Boska. Bizarr przy tym to niemal luksusowy resort wypoczynkowy. Jacyś starcy, ludzie ledwo powłóczący nogami, inni śpiący na kanapach, od niektórych taki zapach, że człowiek odruchowo wstrzymuje oddech. Totalny przekrój ludzkich osobliwości. Miałem chwilami wrażenie, że trafiłem do jakiegoś surrealistycznego filmu, którego reżyser był pod wpływem bardzo mocnych środków. Potem odkryłem drewniane schodki prowadzące na piętro. A tam kolejne atrakcje. Jakieś 10–15 kabin, kanapy, na których znowu ludzie śpią, inni siedzą z telefonami, jeszcze inni zajmują się sobą w bardziej tradycyjny sposób. Wentylacja? Kilka wentylatorów, które mielą to samo gorące powietrze. Zapach spermy wymieszany z potem i czymś, czego nawet nie chcę identyfikować. I teraz wyobraź sobie, że wejścia do dark roomów i przejścia między pomieszczeniami oddzielone są KORALIKAMI! Takimi wiszącymi koralikami, jakie kiedyś babcie miały w drzwiach między kuchnią a przedpokojem! Kurwa, Kinga, KORALIKI! Myślałem, że zaraz zza nich wyjdzie ciotka Halina z talerzem pomidorowej. I nagle, w samym środku tego całego praskiego cyrku, pojawia się para z Polski. Kobieta i facet. I tu następuje zjawisko, którego nie potrafiłby wyjaśnić nawet zespół naukowców z Harvardu. Bo dopóki tej kobiety nie było, faceci pieprzyli się między sobą, wszystko odbywało się w najlepsze, pełna swoboda obyczajowa. Ale wystarczyło, że ona przekroczyła próg… I NAGLE WSZYSCY STALI SIĘ HETEROSEKSUALNI! Kurwa, cud nad Wełtawą! Faceci, którzy jeszcze pięć minut wcześniej nie wykazywali najmniejszego zainteresowania kobietami, nagle zaczęli krążyć wokół niej jak planety wokół Słońca. I wtedy pomyślałem, że ta Polka powinna mieć jeden pseudonim: MATKA BOSKA. Bo gdzie się pojawia, tam dokonuje się cudowne nawrócenie. Jeszcze chwila i ktoś by uklęknął, zaczął odmawiać różaniec, a na ścianie pojawiłby się napis: „Tu objawiła się heteroseksualność”. Normalnie należałoby jej postawić kapliczkę przy wejściu. Obok automatu z kanapkami. Ja oczywiście też nie spędziłem całego wieczoru na obserwacjach socjologicznych. Coś tam w kabinach podziałałem, kilku najlepszych chłopaków udało mi się wyrwać. W końcu przyjechało świeże mięso z Polski, więc zainteresowanie było. Pod tym względem wieczór całkiem udany. Ale cały czas nie mogłem wyjść z podziwu nad tym miejscem. Ten zaduch. Te śpiące postacie. Te kanapki. Te koraliki. Te telefony. Ten wystrój. Wszystko razem tworzyło rzeczywistość tak absurdalną, że gdybym zobaczył to w filmie, uznałbym, że scenarzysta przesadził. O 23:30, zgodnie z ich dziwaczną filozofią imprezowania, klub zakończył działalność. Jakby ktoś ogłosił koniec turnusu w sanatorium. Poszedłem więc jeszcze do znajomych, ale myślami cały czas wracałem do tego, co właśnie zobaczyłem. Bo Kinga, Praga to naprawdę stan umysłu. I powiem Ci jedno: kiedyś musisz to zobaczyć na własne oczy. Nawet gdybyś miała tylko wejść, obejść te wszystkie pomieszczenia i wyjść. Bo tego nie da się opowiedzieć tak, żeby ktoś naprawdę uwierzył. A ja do końca życia będę pamiętał przede wszystkim te kanapki, koraliki i Matkę Boską od cudownych nawróceń. Sex club, w którym ludzie jedzą kanapki, nie mówią po angielsku, papier toaletowy jest dobrem luksusowym, a o 23:30 wszyscy idą spać. Kurwa, kocham podróże.