Monogamia to nie jedyny gatunek muzyki Wychowano nas na jednej płycie. Jedna osoba, jeden dom, jeden scenariusz na całe życie — i przekonanie, że to nie jest wybór, tylko natura. Że każdy, kto słucha czegoś innego, ma zepsuty odbiornik. Otóż nie. Nie twierdzę, że monogamia jest zła. Twierdzę, że jest jednym z gatunków, nie całą muzyką. Komuś leży ballada na dwa głosy przez czterdzieści lat. Komuś innemu — coś z większą liczbą instrumentów. Oba są utworami. Żaden nie jest fałszem tylko dlatego, że nie jest tym drugim. Pożądanie różnorodności to nie usterka Kiedy mówię, że ktoś ma ochotę na więcej niż jednego partnera, natychmiast pada pytanie: „to znaczy, że coś jest nie tak w jego związku?". Zabawne, bo nikt nie pyta tak o apetyt. Lubisz różne kuchnie. Czasem masz ochotę na jedno, czasem na drugie — i nikt nie wnioskuje z tego, że gardzisz swoim ulubionym daniem. Z pożądaniem jest podobnie. Ciekawość drugiej osoby nie jest aktem oskarżenia wobec pierwszej. Bywa po prostu ciekawością. Czasem. Czasem częściej niż czasem. To, że system nauczył nas tłumaczyć każdą taką ochotę jako objaw kryzysu — to problem systemu, nie ochoty. Najseksowniejsze zdanie wieczoru to „nie" Wejdźmy na chwilę do środka, bo o samej filozofii można gadać w nieskończoność. Otóż w miejscach, gdzie ludzie spotykają się na własnych zasadach, obowiązuje jedna umiejętność ważniejsza od wszystkich pozostałych. Nie jest nią odwaga. Nie jest nią doświadczenie. Jest nią mówienie wprost. „Nie mam na to ochoty" — powiedziane spokojnie, bez dziesięciu przeprosin doczepionych na koniec — jest w tych miejscach dźwiękiem najzdrowszym, jaki można usłyszeć. I działa w obie strony. Bo jeśli Twoje „nie" jest respektowane, to Twoje „tak" wreszcie coś znaczy. W świecie, gdzie kobieta uczona jest zmiękczać każdą odmowę, żeby nikogo nie urazić, jasne „nie" bywa aktem większej pewności siebie niż niejedno „tak". Co tak naprawdę przyciąga Panuje przekonanie — często nieświadome — że w takich miejscach liczy się wyłącznie ciało. Reklama by się zgodziła. Rzeczywistość jest bardziej prozaiczna i o niebo ciekawsza. Przyciąga człowiek, przy którym się oddycha. Ktoś, kto słyszy „nie" i nie robi z tego dramatu. Ktoś, kto potrafi żartować i nie kończy każdego żartu na cudzy koszt. Chemia bywa fizyczna, jasne — ale ta, która trzyma dłużej niż dziesięć minut, jest zrobiona głównie z tego, że przy kimś czujesz się bezpiecznie i chętnie zarazem. To dwie różne rzeczy, dodajmy. Dostępna a chętna — to nie synonimy, choć kultura długo udawała, że tak. Zazdrość nie jest dowodem miłości Największy mit, jaki trzeba zostawić przy szatni, brzmi: „skoro nie jesteś zazdrosny, to znaczy, że Ci nie zależy". Sprzedano nam zazdrość jako miarę uczucia. Termometr przywiązania. A zazdrość to najczęściej strach — przed utratą, przed porównaniem, przed byciem niewystarczającym. Miłość i strach potrafią mieszkać razem, ale to nie to samo. Można kochać i nie zaciskać pięści za każdym razem, gdy druga osoba dobrze się bawi bez nas. Nazywa się to zaufaniem i — wbrew reklamie — jest bardziej romantyczne niż scena zazdrości pod klubem. Na koniec, bez morału Nie zamierzam Cię namawiać na żaden gatunek. Namawianie to też forma tej samej starej płyty — ktoś inny znowu wie lepiej, czego masz chcieć. Chcę tylko, żebyś wiedziała, że masz cały katalog. Że możesz go przeglądać bez poczucia, że zdradzasz płytę, na której Cię wychowano. I że jeśli po całym przeglądaniu wrócisz do jednej ballady na dwa głosy — to też będzie wybór, nie odruch. Różnica między odruchem a wyborem jest cała. Reszta to szczegóły.